Kiedy po raz pierwszy usłyszałam Black Midi, miałam wrażenie, że ktoś połączył nerwowy jazz, punkową energię i gitarowy chaos, a potem jeszcze przyspieszył tempo. Londyński zespół powstał w 2017 roku. Jego nazwa nawiązuje do japońskiego gatunku muzyki elektronicznej, w którym melodie tworzy się z ogromnej liczby drobnych nut. Grupę tworzyli Geordie Greep, Cameron Picton, Matt Kwasniewski-Kelvin i Morgan Simpson. To właśnie Simpson szybko przyciągnął uwagę: jego precyzyjna, niemal akrobatyczna gra na perkusji stała się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu.
Fenomen Black Midi wyrósł z londyńskiej sceny skupionej wokół klubu Windmill w Brixton. To niewielkie miejsce dawało przestrzeń młodym zespołom, które zamiast odtwarzać klasyczny rockowy przepis, mieszały post-punk, math rock, jazz, noise i improwizację. Przełom przyniósł debiutancki album Schlagenheim z 2019 roku, nominowany do Mercury Prize. Płyta brzmiała jak zapis koncertu, na którym wszystko może się rozsypać. Właśnie ta ryzykowna, nieprzewidywalna energia przyciągała słuchaczy.
Black Midi pokazali, że rock nie musi trzymać się utartych schematów. Ich muzyka potrafi zaskakiwać, niepokoić i bawić — często w jednej kompozycji.
Gdy rock łamał zasady i nabierał niepokojącej energii
Black Midi nie działali w próżni. O nowym obliczu brytyjskiego rocka opowiadały także zespoły Black Country, New Road, Squid i Shame. Łączyło je odrzucenie nostalgii za gitarowym rockiem, ale każdy szukał własnej drogi: jedni tworzyli rozbudowane, wieloczęściowe kompozycje, inni stawiali na surowy post-punk. Black Midi imponowali mi umiejętnością zmiany nastroju i formy — od gwałtownych, poszarpanych riffów po teatralne partie wokalne i fragmenty pełne niemal jazzowej swobody. Na kolejnych albumach, Cavalcade z 2021 roku i Hellfire z 2022 roku, rozwinęli brzmienie dzięki bardziej złożonym aranżacjom i opowieściom przypominającym groteskowe miniaturowe spektakle.
Popularność zespołu wynikała nie tylko z muzycznej brawury, lecz także z momentu, w którym pojawił się na scenie. Gdy wiele gitarowych grup stawiało na bezpieczne, znajome brzmienie, Black Midi przypomnieli mi, że rock może być dziwny, techniczny, zabawny i niepokojący — i nie musi nikogo prosić o pozwolenie. Koncerty, społeczność skupiona wokół klubu Windmill oraz szybki obieg nagrań w internecie pomogły nowej fali brytyjskich wykonawców dotrzeć daleko poza Londyn. Zespół nie wymyślił więc rocka od zera; odważnie rozmontował jego zasady i złożył je na nowo.
Black midi – jak odkryć fenomen zespołu i zacząć słuchać
Te wskazówki pomogą ci zrozumieć, co wyróżnia Black midi, i wybrać dobry punkt startowy. Przede wszystkim słuchaj uważnie: ich muzyka odsłania się stopniowo, gdy dasz sobie czas na nieoczywiste rytmy, zmiany nastroju i eksperymenty brzmieniowe.
- Zacznij od „Schlagenheim”. Debiutancki album z 2019 roku ukazuje surową, energetyczną stronę zespołu. Zwróć uwagę na poszarpane gitary, gwałtowne zmiany tempa i kontrolowany chaos — dzięki nim poznasz punkowo-mathrockowe fundamenty grupy.
- Potem sprawdź, jak zespół zmienia kierunek. Na „Cavalcade” (2021) Black midi rozwijają teatralne, jazzowe i progresywne pomysły, a „Hellfire” (2022) jeszcze mocniej podkreśla dramatyczne aranżacje i opowieści. Zamiast szukać powtórki debiutu, potraktuj każdy album jak osobny świat.
- Nie próbuj od razu rozgryźć każdego utworu. Najpierw posłuchaj całości, a podczas kolejnych odsłuchów skup się na rytmicznych przesunięciach, zmianach dynamiki oraz partiach instrumentów i wokalu. Dzięki temu odkryjesz porządek ukryty pod pozornym chaosem.
- Potraktuj ich muzykę jak eksperyment, nie test. Black midi łączą rockową energię z jazzową swobodą, złożonymi strukturami i teatralnością. Jeśli album ci nie odpowiada, wybierz inny utwór albo wróć do niego później — zmienność stanowi część fenomenu zespołu.
| Obszar | Dane i szczegóły | Co warto usłyszeć / sprawdzić |
|---|---|---|
| Podstawowe informacje | Black Midi (często zapisywane jako black midi) to angielski zespół z Londynu, związany z nową falą brytyjskiego post-punku. Powstał w 2017 roku, a jego nazwa nawiązuje do gatunku muzyki elektronicznej black MIDI, opartego na ogromnej liczbie nut. | Przy pierwszym kontakcie warto pamiętać, że określenie „black midi” opisuje też osobny nurt internetowej muzyki; nie należy mylić go z zespołem. |
| Skład | Klasyczny skład tworzyli Geordie Greep (wokal, gitara), Matt Kwasniewski-Kelvin (gitara), Cameron Picton (bas, wokal) i Morgan Simpson (perkusja). Zespół zawiesił działalność w 2024 roku; Greep i Picton rozwijają kariery solowe. | Na albumach zespół korzystał także z dodatkowych instrumentów, m.in. instrumentów dętych, smyczkowych i klawiszowych. |
| Brzmienie i gatunki | Post-punk, math rock, noise rock, jazz, muzyka progresywna i eksperymentalna. Charakterystyczne są nagłe zmiany tempa, nieregularne metrum, dysonanse, gęste partie instrumentalne i kontrasty między spokojem a gwałtownym spiętrzeniem dźwięku. | „953” pokazuje precyzję rytmiczną i gitarowe zapętlenia; „John L” łączy rozchwiany rytm, jazzową energię i teatralną dynamikę. |
| Math rock i rytm | W utworach pojawiają się asymetryczne podziały, przesunięcia akcentów oraz partie wymagające dużej precyzji wykonawczej. Morgan Simpson jest często wskazywany jako jeden z najważniejszych elementów zespołowego brzmienia dzięki złożonej, a zarazem ekspresyjnej grze na perkusji. | „953” — otwierający utwór debiutu; dobry punkt, by zwrócić uwagę na gitarowe figury i pracę sekcji rytmicznej. |
| Jazzowa improwizacja i aranżacje | Black Midi rozszerzali rockowy skład o rozbudowane aranżacje, improwizacyjne fragmenty i instrumenty dęte. Na „Cavalcade” i „Hellfire” słychać bardziej teatralne, wielowarstwowe kompozycje, w których sekcje potrafią szybko zmieniać nastrój i kierunek. | „Chondromalacia Patella” eksponuje jazzującą instrumentację; „Eat Men Eat” pokazuje gwałtowne przejścia i bogatą aranżację. |
| Teksty i narracja | Teksty Geordiego Greepa często przybierają formę groteskowych opowieści, monologów i portretów postaci. Łączą czarny humor, absurd, przesadę oraz niepokój; wokal bywa teatralny, zmienia rejestr i przypomina grę aktorską. | „Welcome to Hell” i „The Race Is About to Begin” to przykłady narracyjnych utworów, w których humor miesza się z napięciem i poczuciem zagrożenia. |
| Sceniczna energia | Występy zespołu słynęły z intensywności, nagłych zwrotów dynamiki i dużej swobody wykonawczej. Długie, rozbudowane kompozycje mogły na koncertach zyskiwać odmienne aranżacje i bardziej improwizacyjny charakter. | Warto porównać wersje studyjne z nagraniami koncertowymi, zwracając uwagę na perkusję, tempo i zmiany w wykonaniu wokalnym. |
| Debiut: Schlagenheim | Album wydany 21 czerwca 2019 roku przez Rough Trade Records. Zawiera 9 utworów i trwa około 43 minut. Produkcją zajął się Dan Carey. Płyta przyniosła zespołowi nominację do Mercury Prize. | Na początek: „953”, „Near DT, MI” i „Ducter”. To najbardziej bezpośrednia droga do gitarowego, nerwowego oblicza zespołu. |
| Drugi album: Cavalcade | Wydany 28 maja 2021 roku przez Rough Trade Records. Zawiera 8 utworów i trwa około 41 minut. To bardziej rozbudowana, dynamiczna i aranżacyjnie zróżnicowana płyta niż debiut. | Na początek: „John L”, „Chondromalacia Patella” i „Marlene Dietrich”. Album sprawdzi się u osób zainteresowanych jazzującym, teatralnym i nieprzewidywalnym brzmieniem. |
| Trzeci album: Hellfire | Wydany 15 lipca 2022 roku przez Rough Trade Records. Zawiera 9 utworów i trwa około 41 minut. Płyta rozwija narracyjny i teatralny styl grupy, łącząc rockową intensywność z rozbudowanymi aranżacjami. | Na początek: „Welcome to Hell”, „Sugar/Tzu” i „The Race Is About to Begin”. To dobry wybór dla osób, które wolą zwarte historie, gwałtowne kontrasty i wysoką dawkę energii. |
| Singiel i punkt wejścia | „Talking Heads” ukazał się jako singiel w 2021 roku i znalazł się na albumie Cavalcade. Jest jednym z bardziej przystępnych utworów zespołu, choć zachowuje jego nerwową rytmikę i ekspresyjny wokal. | Dobry wybór dla słuchaczy, którzy chcą najpierw poznać krótszą, bardziej piosenkową stronę Black Midi. |
| Proponowana kolejność słuchania | 1. „Talking Heads” — szybkie wejście. 2. „953” — gitarowy math rock. 3. „John L” — rozbudowana forma i zmiany dynamiki. 4. „Welcome to Hell” — narracja i teatralność. 5. „Sugar/Tzu” — zwarte, gwałtowne spiętrzenie pomysłów. | Po utworach warto przesłuchać albumy w kolejności wydania: Schlagenheim (2019), Cavalcade (2021), Hellfire (2022). |
| Jak słuchać | Przy pierwszym odsłuchu lepiej nie próbować rozkodować każdego przejścia. Warto skupić się kolejno na perkusji, gitarach, zmianach tempa, wokalnej narracji i kontrastach między fragmentami. | Jeśli brzmienie wydaje się przytłaczające, zacznij od pojedynczych utworów; jeśli przyciągają Cię długie formy i złożone aranżacje, wybierz od razu całe Cavalcade lub Hellfire. |
Od math rocka po jazzową improwizację: brzmieniowy chaos Black midi
Kiedy po raz pierwszy włączyłam Black Midi, miałam wrażenie, że ktoś wrzucił math rock, punk, jazz i teatralny kabaret do jednego miksera, a potem zapomniał go wyłączyć. Brytyjski zespół z południowego Londynu od początku wymykał się prostym etykietom: w ciągu kilku sekund potrafi przejść od precyzyjnej, niemal matematycznej gitarowej łamigłówki do dzikiego jazzu, hałaśliwego post-punku albo groteskowej ballady.
W skład zespołu wchodzili gitarzysta i wokalista Geordie Greep, basista Cameron Picton, gitarzysta Matt Kwasniewski-Kelvin oraz perkusista Morgan Simpson. Skoro już poruszamy się w tym temacie, poznaj członkinie KATSEYE i kulisy ich sukcesu. Ich sceniczna energia szybko przyciągnęła publiczność, a wczesne koncerty w londyńskim klubie The Windmill w Brixton przeszły do legendy. To ważny trop: Black Midi nie próbowali bezbłędnie odtwarzać jednego gatunku. Przeciwnie, grali jak czterech instrumentalistów, dla których każda stylistyczna granica stanowiła zaproszenie do zabawy.
Math rockowa strona zespołu opiera się na nagłych zmianach metrum, zawiłych riffach i rytmach, które nieustannie podważają poczucie stabilności. Perkusja Simpsona łączy chirurgiczną precyzję z nieokiełznaną energią, a gitary Greepa i Kwasniewskiego-Kelvina splatają się w krótkie, ostre figury. Picton nie tylko pilnuje fundamentu: jego bas często dialoguje z pozostałymi instrumentami, dzięki czemu nawet najbardziej rozchwiany fragment zachowuje własną logikę. Próbuję wtedy policzyć takt, ale muzyka zdąża już zmienić zasady gry.
Muzyczny rollercoaster, który wymyka się regułom i wciąga bez reszty
Jazz w wydaniu Black Midi nie pełni funkcji eleganckiej dekoracji ani krótkiego popisu w środku rockowego utworu. A skoro już tu jesteś to Sprawdź, jak ubrać się na rock w filharmonii. Stanowi żywy składnik ich brzmienia: słychać go w swobodnych pasażach, nagłych zwrotach, instrumentalnych pojedynkach i reakcjach muzyków na siebie. W takich momentach zespół przypomina mały, rozkręcony big-band, któremu ktoś dorzucił punkową gitarę i wyłączył światła. Ta improwizacyjna swoboda nie oznacza przypadkowości — im większy dźwiękowy bałagan, tym wyraźniej widać, jak uważnie muzycy prowadzą go ku kolejnemu wybuchowi.
Ważną rolę odgrywa też głos Greepa. Wokalista przechodzi od nerwowego, szybkiego frazowania do przesadnie teatralnej narracji, jakby opowiadał historię z pogranicza kryminału, farsy i nocnego koszmaru. Jego teksty często wypełniają osobliwe postaci, przesada i czarny humor, a wokal nie wygładza muzyki, lecz jeszcze mocniej podkręca jej niepokój. Zamiast klasycznego, łatwego do zanucenia refrenu dostaję czasem scenkę, monolog albo serię słownych zygzaków — i właśnie w tym tkwi urok nieprzewidywalności zespołu.
Debiutancki album „Schlagenheim” z 2019 roku pokazał surowe, gwałtowne oblicze Black Midi: ostre gitary, pękające rytmy i kompozycje, które niechętnie trzymają się jednej ścieżki. Na „Cavalcade” z 2021 roku zespół poszerzył paletę, dodając rozbudowane aranżacje, jazzowe barwy i teatralny rozmach. Z kolei „Hellfire” z 2022 roku jeszcze mocniej postawił na opowieści, groteskę oraz dramatyczne kontrasty. Te trzy płyty ukazują grupę, która za każdym razem buduje nowy, coraz bardziej osobliwy świat.
Najbardziej lubię w Black Midi to, że ich muzyka nie wymaga natychmiastowego rozszyfrowania. Mogę śledzić rytmiczne łamigłówki, podziwiać techniczną sprawność albo po prostu pozwolić, by dźwiękowa karuzela porwała mnie bez planu. Raz zespół brzmi jak precyzyjna maszyna, innym razem jak jazzowa sesja wymykająca się spod kontroli, a chwilę później — jak spektakl w zadymionym teatrze. Ten chaos łączy temperament i humor z zaskakującą dyscypliną konstrukcji, dlatego przy każdym odsłuchu odkrywam coś nowego.
Ciekawostka: perkusista Morgan Simpson został wyróżniony przez magazyn „Modern Drummer” jako jeden z najbardziej inspirujących młodych perkusistów — nic dziwnego, skoro jego precyzyjna, a zarazem nieprzewidywalna gra pomaga Black Midi spinać pozornie chaotyczne rytmy w spójną całość.
Teksty i sceniczna energia Black midi: między absurdem a niepokojem
Black midi potrafią zamienić zwyczajną piosenkę w dziwny sen, z którego nie do końca chce się obudzić. Ich teksty ożywiają groteskowe postacie, absurdalne sytuacje i tak przesadzone obrazy, że aż śmieszne — jednak śmiech szybko staje się nerwowy. Słuchając „John L” czy „Welcome to Hell”, trafiam do świata, w którym przemoc, władza i chaos są zarazem karykaturą i realnym zagrożeniem.
Ta niejednoznaczność współgra z muzyką: Black midi przeskakują między math rockiem, post-punkiem, jazzem i teatralną kakofonią, jakby w każdym utworze chcieli pomieścić kilka scen. Poszarpane rytmy i nagłe przyspieszenia potęgują napięcie, a Geordie Greep przechodzi od niemal niedbałej opowieści do krzyku. Słyszę w tym nie tylko techniczną brawurę, lecz także świadome budowanie niepokoju — zespół zdaje się sprawdzać, ile napięcia zmieści między kolejnymi zwrotami.
Muzyczny spektakl, który rozśmiesza i przyprawia o dreszcze
Na żywo ten pomysł nabiera jeszcze większej mocy. Muzycy przeobrażają się na scenie w narratorów, błaznów i bohaterów groteskowych historii, dlatego koncert przypomina teatralny spektakl bez chwili wytchnienia. Gwałtowne zmiany dynamiki, spiętrzone partie perkusji Morgana Simpsona oraz nerwowe gitarowe figury tworzą wrażenie kontrolowanego wypadku. Choć wszystko wygląda na szalone, precyzja wykonania sprawia, że absurd przekonuje.
Oto kilka elementów, które składają się na charakterystyczne brzmienie i występy Black midi:
- połączenie math rocka, post-punka, jazzu i teatralnej kakofonii;
- poszarpane rytmy, gwałtowne zmiany dynamiki i nagłe przyspieszenia;
- groteskowe teksty łączące mroczny humor z niepokojem;
- sceniczna energia oraz precyzja muzyków, w tym perkusisty Morgana Simpsona.

Najbardziej cenię w Black midi to, że nie wygładzają sprzeczności. Mroczny humor, przesadne teksty i przytłaczająca energia sceniczna nie zwalczają się, lecz wzajemnie napędzają. Po takim muzycznym doświadczeniu czuję rozbawienie i oszołomienie, a zarazem lekki dreszcz: pod teatralną przesadą kryje się znajomy lęk przed chaosem, którego nie da się już obrócić w żart.
Ciekawostka: W „John L” gwałtowne zmiany rytmu i teatralny wokal są tak ściśle zsynchronizowane, że utwór brzmi jak groteskowa scena rozgrywająca się na żywo — i właśnie ta precyzja sprawia, że chaos Black midi wydaje się przekonujący.
Od czego zacząć słuchanie Black midi: albumy i utwory na pierwszy kontakt
Zaczęłabym od „Schlagenheim” (2019) — debiutu, który od razu wrzuca słuchaczkę w sam środek gitarowego zamieszania. Black Midi łączą tu math rock, punk i jazzową nerwowość, a krótkie, gwałtowne zmiany tempa nie pozwalają słuchać płyty zupełnie biernie. Na początek polecam „953”: ten otwierający album utwór w kilka minut pokazuje, jak precyzyjnie zespół zamienia pozorny chaos w zaraźliwy rytm. Następnie włącz „bmbmbm” — bardziej poszarpane i hipnotyczne, z wokalem, który brzmi jak kolejny instrument.
Jeśli intensywny start cię nie odstraszy, sięgnij po „Cavalcade” (2021), na którym zespół rozwija swoje pomysły i dodaje im teatralności oraz jazzowego rozmachu. „John L” świetnie prezentuje ten kierunek: przez niemal sześć minut zaskakuje gwałtownymi zwrotami, ekspresyjnym śpiewem i nieprzewidywalną aranżacją. Dla kontrastu zestaw go ze spokojniejszym, choć wciąż pełnym napięcia „Slow”. Potem posłuchaj „Chondromalacia Patella”, by przekonać się, jak Black Midi budują długą, niepokojącą opowieść.
Black Midi najlepiej poznawać krok po kroku — pozwolić muzyce zaskakiwać, zamiast od razu próbować ją uporządkować. Każdy kolejny album odsłania nowe oblicze zespołu.
Od gitarowego zrywu po nerwowy spektakl — muzyczna podróż pełna zwrotów
Jako kolejny krok wybierz „Hellfire” (2022), najbardziej filmowy i rozbuchany z tych trzech albumów. Wśród dziesięciu utworów szczególnie wyróżniają się „Welcome to Hell”, „Sugar/Tzu” i „The Race Is About to Begin”: każdy ma własny charakter, a razem tworzą nerwowy spektakl. „Sugar/Tzu” zaczyna się jak zapowiedź bokserskiej walki, po czym szybko przechodzi w nieprzewidywalną, niemal jazzową gonitwę. Jeśli jednak masz wybrać tylko jeden album na początek, postaw na „Cavalcade” — jest różnorodny, ale nie wymaga jeszcze oswojenia się z pełnym rozmachem zespołu.

Nie próbuj od razu rozgryźć każdego taktu. Zamiast tego odtwórz wybrany utwór ponownie, a wtedy łatwiej wychwycisz bas, perkusyjne akcenty i nagłe zmiany nastroju. Krótka ścieżka wejścia wygląda tak: „953”, „bmbmbm”, „John L”, „Slow”, a na deser „Sugar/Tzu”. Zajmuje mniej niż pół godziny i pozwala poznać trzy oblicza Black Midi — od surowego, gitarowego zrywu po barwną, niemal teatralną kompozycję. Jeśli ta próbka zachęci cię do dalszego słuchania, wróć do albumów i odtwórz je w całości.
Ciekawostka: „bmbmbm” zadebiutowało na koncertach jeszcze przed wydaniem „Schlagenheim”, a jego oszczędny, powtarzany wokal pokazuje, że Black Midi potrafią budować napięcie nie tylko gwałtownymi zmianami tempa, lecz także uporczywym rytmem.
Źródła:
- https://radioluz.pl/tag/artysta-tygodnia-radio-luz/
Najczęstsze pytania (FAQ)
Skąd wziął się fenomen Black Midi?Zespół wyrósł z londyńskiej sceny skupionej wokół klubu Windmill w Brixton, gdzie młodzi artyści eksperymentowali z rockiem i odrzucali utarte schematy. Black Midi przyciągnęli słuchaczy połączeniem post-punka, math rocka, jazzu, noise’u i nieprzewidywalnej energii koncertowej.
Jakie albumy wydał zespół i w jakiej kolejności warto ich słuchać?Black Midi wydał trzy albumy: Schlagenheim (2019), Cavalcade (2021) i Hellfire (2022). Dobrym początkiem jest debiut, po którym można poznać coraz bardziej teatralne i rozbudowane brzmienie kolejnych płyt.
Od jakich utworów najlepiej zacząć słuchanie Black Midi?Na szybkie wejście warto wybrać „Talking Heads”, a potem posłuchać „953”, „John L”, „Welcome to Hell” i „Sugar/Tzu”. Te utwory pokazują różne strony zespołu: od gitarowego math rocka po teatralne opowieści i gwałtowne zmiany rytmu.
Co wyróżnia brzmienie Black Midi?Zespół łączy math rock, post-punk, jazz, noise i elementy muzyki progresywnej. Charakterystyczne są nieregularne rytmy, nagłe zmiany tempa i nastroju, złożone aranżacje oraz teatralny wokal Geordiego Greepa.
Czy Black Midi nadal działa?Nie — zespół zawiesił działalność w 2026 roku. Geordie Greep i Cameron Picton rozwijają kariery solowe.











